Videoteatr Poza

spiewanna@alkestis.pl

O spektaklu

To usłyszane latem 2005 z ust sopockiej plażowiczki zdanie można odwrócić: tylko kobieta jest człowiekiem.
W zastosowaniu do mitu o Alkestis ten sąd się potwierdza. Admeta ratuje jego własna żona lub - w innej wersji mitu -jego narzeczona, dziewczyna. Poświęca życie dla i za niego, zanim go sprawdzi jako swego życiowego partnera.


Mit o Alkestis jest szczególnie bogaty w paradoksy. Największy z nich zawarty jest w wypowiedzi służącej: "Można powiedzieć, że żyje i można powiedzieć, że umarła" ze sztuki Euripidesa "Alkestis", którą Jan Kott określił jako "bardzo dziwną sztukę, która wydaje się autodestrukcyjna." A w innym miejscu eseju "Welon Alcesty" pisał: "Jeżeli to tragedia, zjada ona samą siebie". W rzeczy samej. Już preliminaria są paradoksalne. Wdzięczność Apolla, który przebywał u Admeta na służbie, niejako na ziemskiej zsyłce, za dobre traktowanie boga jest tak głęboka, że postanawia swojego byłego gospodarza uchronić przed losem każdego śmiertelnika - chce mu zaoszczędzić śmierci, która z niewiadomych nam bliżej powodów "jest mu pisana" już w młodym wieku. Bogowie są łaskawi i okrutni - chcą spełnić życzenie Apolla, ale pod jednym warunkiem: inny śmiertelnik powinien umrzeć na miejscu Admeta. I nikt, co zrozumiałe, się nie kwapi. Ani rodzice, już wiekowi, ani przyjaciele , wszyscy odmawiają . Zostaje Alkestis, ukochana, ale jej skwapliwa ofiara szybko przybiera wymiar paradoksalny. Bo niby umiera naprawdę, ale już służąca widzi w tym jakiś trik, skoro wypowiada owo zdanie przypominające stylistyką wyrocznię delficką. No więc jak? Umiera czy nie?


A czemu Admet przyjmuje krótko po okrutnej agonii Alkestis w swoim domu półboga Heraklesa i nie mówi mu nic o zaistniałej sytuacji? Czemu stawia gościnność nad żałobę? W związku z czym Herakles żałuje potem swojego pijackiego zachowania i obiecuje, że wyrwie Alkestis z rąk śmierci i przyprowadzi ją spowrotem do łóżka Admeta. I gdy wywiązuje się z obietnicy, Admet mimo to nie cieszy

się wcale z tego faktu, nie poznaje własnej narzeczonej, nie wie, jak sie do niej ustosunkować, jest właściwie przerażony na widok zawoalowanej kobiety, o której Herakles mówi, że jest napewno świeżo zmarłą i powracająłcą z cmentarza Alkestis . Widzimy, że jest tu jeszcze jakieś drugie lub trzecie dno. I nikt tego do tej pory nie rozgryzł "do końca". Mimo wielu już prób w sztuce i filozofii.
Postanowiliśmy kiedyś z Janem Kottem napisać książkę o Alkestis, przeczuwając niejasno, że jest w tym micie i w tej tragikokomedii klucz - do tragikokomedii naszego własnego życia i naszej własnej śmierci. Nie udało nam się dogadać w sprawie książki, ale Jan Kott sam doznał na własnym ciele wielokrotnego umierania - w stylu najlepszej ze wszystkich możliwych inscenizacji tej "bardzo dziwnej sztuki". Autor "Zjadania bogów" po wielokroć doświadczał głębi odejścia i niesamowitości powrotu, dokładnie opisał te swoje zawało-orgazmy. Jan Kott nie był zwyczajnym mężczyzną. Znał płeć "przeciwną" jak mało kto, czuł do niej pociąg jako do drugiego bieguna życia i śmierci.
Co można jeszcze powiedzieć o przerażeniu Admeta na widok wracającej "stamtąd" Alkestis?
Miał się cieszyć, że wraca jego przyszła żona, miał podskakiwać z radości, że ofiara tej nadzwyczajnej kobiety nie została przyjęta?


Alkestis i tak osiągnęła nieśmiertelność. Platon w "Uczcie" zupełnie nie przejęty wzniosłością mitu tak właśnie zinterpretował czyn Alkestis: jako spektakularne dążenie do sławy , a przez sławę do nieśmiertelności. Więc Alkestis była - obojętnie czy żywa czy umarła - istotą innego pokroju.
I poza czasem. Była rodzajem nad-człowieka albo właśnie

- człowieka, podczas gdy Admet.... Admet musiał sobie zadać pytanie, czy to wszystko znaczy, że teraz nie ominie go śmierć? Czy ta zawoalowana kobieta, o której Herakles twierdził, że jest jego Alkestis, nie jest przypadkiem jego własną śmiercią - w innej osobie? W tym miejscu zaczyna się, a może raczej - kończy nasza własna interpretacja mitu, para-operowy spektakl, też wyrosły z doświadczenia wielokrotnego umierania - chociaż nie pojedynczej osoby, lecz teatru. Teatru, który też jest organizmem żywym choć często znajdującym się w stanie uśpienia. Z okazji dwudziestolecia istnienia i nie istnienia. Spektakl, dotykający mitu i przeinaczający go, rozpowiadający go ustami Mojr, które zostały pominięte przez Euripidesa, ale o które upomniał się Thornton Wilder, autor sztuki, który Mojry "poraź pierwszy upił na scenie". Mojry, stare boginie życia i śmierci, wiedzą najlepiej, że "człowiek jest tylko kobietą". Alkestis uchodzi za prefigurację Chrystusa; umiera i zmartwychwstaje, żeby zademonstrować, że nie ma śmierci. Przede wszystkim jednak demonstruje wszem i wobec... własną chwałę.
A Admet? Admet jest dopiero teraz skazany na swoją pasję - i nikt go "poraź" drugi nie zbawi. Czy dlatego, że jeszcze nie jest "do końca" człowiekiem?
Że raczej jest kozłem ofiarnym, jak my wszyscy, żyjący i umierający w niesławie?


Piotr Lachmann

Recenzje

Miniopera o śmierci
Jak zwykle w przypadku tej eksperymentalnej sceny, łączącej żywe aktorstwo z elektroniką, przedsięwzięcie okazało się ambitne, może nie do końca doskonałe, ale fascynujące. Widowisko Piotra Lachmanna jest współczesną trawestacją greckiego mitu o Alkestis, małżonce króla Ferai Admeta, która zgodziła się umrzeć, by resztę swych dni ofiarować na przedłużenie żywota ukochanego męża. Ta dobrowolna ofiara tak ujęła olimpijskich bogów, że doprowadzili do jej powrotu z zaświatów. Admeta postawiło to jednak w nader niezręcznej sytuacji. Mit ukazujący odwieczne dylematy człowieka tłumiącego lęk przed śmiercią zainspirował wielu twórców, jak Eurypides, Gluck (opera "Alcesta"), Thornton Wilder, Robert Wilson. Wzorem poprzedników Piotr Lachmann opracował własną wersję (wcześniej była "Operacja Alkestis", miała premierę w Zamku Ujazdowskim w 1991 r.). Tym razem Lachmann zaprezentował mit w w formie miniopery wideo. Zapis na taśmie cyfrowej, odpowiednio przetwarzany elektronicznie i przedstawiany na dużym ekranie oraz kilku monitorach, daje niezwykły efekt bogatej, prawdziwie operowej oprawy - zwłaszcza że zdjęcia do spektaklu powstawały nie tylko w Polsce, ale i w Grecji. Na ekranie pojawiają się aktorki: Maria Peszek w roli Alkestis, Anna Chodakowska, Monika Niemczyk i Małgorzata Zajączkowska jako ponętne, kusicielskie Mojry. Prowadząca narrację Jolanta Lothe występuje również na scenie. Ich śpiewy i melorecytacje znajdują przeciwwagę w recytatywach kontratenora Artura Stefanowicza (Admet). "Nie-męskie" brzmienie głosu Admeta to bardzo sprytny zabieg inscenizacyjny, poszerzający interpretację dzieła Lachmanna. Wokalizy Marii Peszek także są bez zarzutu. Migotliwie zmienna materia filmowa wzbogaca przekaz słowny Jolanty Lothe w żywym planie. Teksty, szczególnie te wypowiadane przez Mojry,obią wrażenie, jakby pochodziły z opery buffo, bo komu, jak nie im, wolno bezkarnie dworować sobie ze śmierci. My, śmiertelnicy, możemy się z nią najwyżej próbować oswoić. Na przykład w Videoteatrze Poza. Zaręczam, że warto.

Teatr i Videoteatr "Poza" Jolanty Lothe i Piotra Lachmanna ma 20 lat. Na jubileusz przygotowano przedstawienie "spiewanna@alkestis.pl". Odpowiednio rzetworzony elektronicznie zapis daje efekt prawdziwie operowej oprawy.

Piotr Lachmann "spiewanna@alkestis.pl", fragmenty "Alkestis" Eurypidesa
w przekładzie Jana Kasprowicza, obrazy i reżyseria Piotr Lachmann, muzyka: zespól Elektrolot;
Lothe Lachmann Videoteatr "Poza" premiera prasowa 3 grudnia 2005r.
Janusz R. Kowalczyk, "Rzeczpospolita"
spiewanna@alkestis.pl
Czy o świecie mediów można opowiedzieć mitem? A o losie człowieka językiem mediów? Jolanta Lothe i Piotr Lachmann badają ten problem od 20 lat. Zamknięci w maleńkiej salce widzowie mogą śledzić ruchy Piotra Lachmanna, który niczym didżej sampluje nagrania, wyświetla kolejne sceny, panuje nad dzwiękiem i powiela obrazy. Ma kontrole nad zaświatami i nad uwięzionymi na taśmie artystami. Opowieść o Alkestis, która zgodziła się umrzeć za ukochanego Admeta, została uchwycona w procesie zawłaszczania jej przez język kultury masowej. O śmierci mówi się językiem inżynierii genetycznej, a prastare motywy odnajdują się nagle we współczesnych historiach. Wulgarne Mojry przypominają syjamskie trojaczki - nieudany efekt klonowania. Siedząc z obnażonymi piersiami niczym paniusie w salonie odnowy biologicznej, plotkują o bezrobociu, internecie, postmodernizmie. Wypełniają ekran rozbuchaną seksualnością, jęczą z nienasycenia. Aż dziwne, że szalejąca burza hormonów nie powoduje spięć w delikatnym sprzęcie Lachmanna. Ofiara Alkestis ma dla nich posmak puszczenia się, ucieczki, sprytnego uniku przed losem kury domowej. Główna bohaterka (obecna wirtualnie Maria Peszek) to współczesna trzydziestka. Zamiast antycznych koturnów nosi wrotki, śpiewa jazzowe ballady, ciało pielęgnuje w wannie pełnej piany i "nie ma złudzeń co do przyszłych przebudzeń". Wieczności nie ma, ale śmierć i tak jest "zajebista". Jednak Maria Peszek powraca na ekran rozczarowana. Po drugiej stronie nie jest "fajnie". Nie ma wanny, którą obiecują reklamy, nie ma nic. Po życiu i ofierze bohaterki pozostanie więc tylko taśma w kilku kopiach. Pantofelki uruchomione przez Lachmanna same schodzą ze sceny. Tylko on może je zatrzymać, nagrać, cofnąć, puścić ponownie. Od 20 lat Jolanta Lothe i Piotr Lachmann sięgają po najnowocześniejsze zdobycze techniki, tworząc elektroniczne misteria, przyspieszając czas, cofając historię przyciskiem "rewind". Jako pierwsi wprowadzili na polską scenę monitory, a żywe postaci zderzyli z montowanymi na żywo projekcjami. Ich multimedialne życie zaczęto się w Wenecji. Skradzioną kamerę wideo zastąpili profesjonalnym sprzętem filmowym. Lachmann, który dotąd działał jako poeta i eseista, musiał więc zająć się kabelkami i podzespołami. Ale jak twierdzi aktorka Jolanta Lothe - te wszystkie połączenia ma on po prostu w głowie. Pierwszy spektakl "Teatrem zajmuję się od dzieciństwa" poświęcili pamięci Helmuta Kajzara. Z Tadeuszem Różewiczem stworzyli "Twarz poezji - Tadeusz Różewicz". Pierwszą wersję mitu o Alkestis zrealizowali w latach 90. Od kilku lat współpracują z Janem i Marią Peszkami, którzy dołączyli do kolejnych wersji spektaklu "Art-Orka"
Joanna Derkaczew, "Gazeta Wyborcza"
Felieton Andrzeja Matuli w "Muzycznej Jedynce", 1 grudnia 2005 r.
20 lat ma Lothe-Lachmann Videoteatr "Poza", który zwycięsko przetrwał po latach "wędrówek" po świecie i obecnie ma siedzibę w Pałacu Szustra.

Teatr ten jest zjawiskiem fascynującym, oryginalnym, zaprzęgającym nowoczesną technikę w służbę prawdziwej sztuce sięgającej starożytnych korzeni.

Najnowsza premiera videoteatru - "spiewanna@alkestis.pl" jest nową wersją "Operacji Alkestis" wystawionej w 1991 r.

Mityczna Alkestis decyduje się poświęcić życie, by uratować narzeczonego i zapewnić mu nieśmiertelność. W jej roli - cudna Maria Peszek, natomiast w roli Admeta - światowej sławy kontratenor - Artur Stefanowicz. Felieton Andrzeja Matuli w "Muzycznej Jedynce", dn. 1 grudnia 2005 r. Chór grecki zastępują pra-stare boginie życia i śmierci - Mojry, wspaniałe w ich rolach: Anna Chodakowska, Monika Niemczyk oraz Małgorzata Zajączkowska.

Majestatyczna, piękna Jolanta Lothe - "żywa" na scenie (reszta obsady pojawia się jedynie na telewizyjnych monitorach) interpretuje z wielkim teatralnym talentem naukowy tekst o potencjalnej nieśmiertelności komórek.

Piotr Lachmann próbuje, tropem średniowiecznej sztuki, oswoić to, co dla każdego z nas nieuchronne - śmierć. Zadaje te same pytania, które i my sobie zadajemy: czy istnieje coś po tamtej stronie? I odpowiada stanowczo - nic! Ale jest furtka nadziei - możliwość powrotu stamtąd na ziemię - tylko czy warto?

Lachmann z polotem komponuje fascynujące video-obrazy, proponuje nam grę intelektualną - zabawę "w życie i śmierć", pełną sarkazmu oraz autentycznych wzruszeń. Szuka również urody w biologii: fascynuje go nie tylko młode, piękne ciało, ale i młodość, której urodą jest dusza, nie-cielesna powłoka, dostrzega też piękno w ciele dojrzałym.

Za Cyprianem Kamilem Norwidem zdaje się powtarzać: "Kobieta jest organizacją naturalnie wyższą od mężczyzny".

W poszukiwaniach muzycznych sięga, tym razem, po zespół "Elektrolot", współpracujący ze śpiewającą aktorką - Marysią Peszek.
Andrzej Matula
spiewanna@alkestis.pl
Aktorstwo budzi istnienie sztuki. Aktor wchodzi w słowo i wydobywa z niego dźwięk. Indywidualny wygląd i gest ciala wykonawcy, temperatura emocjonalności i barwa głosu jednoczą się z tym dźwiękiem, można by powiedzieć: na życie i śmierć. Wtedy otwiera się jakby wyczarowana przestrzeń, w której przebywa też widz, jeśli słyszy dźwięk. Wtedy teatr nie dzieli się na scenę i widownię, a prawda - na przedstawienie i realność, bo aktora i widza ogarnia to samo - rzeczywistość sztuki, która zamknie się z powrotem, gdy tylko zapalą się światła. Jednak ślad zostaje przed oczami i w umyśle, jak stygmat ciągle utrzymujący aktywność przeżycia, żeby się przemienilo w to - jak naczyciel poprowadzi lekcje, jak lekarz porozumie się z pacjentem, jak urzędnik spojrzy na biurowy styl. Widz przychodzi do teatru, a potem teatr wychodzi z nim do zwyczajności życia nie przez to, o czym sztuka opowiada, ale przez to, czym ona jest. Takie mocne doznanie czegoś, co nie ma też nazwy ani swojego stałego miejsca, sprowadza na widza Maria Peszek w spektaklu wideoteatralnym P. Lachmanna "spiewanna@alkestis.pl". Wszystko, cały wysiłek autorów, reżysera i wykonawców, skupia się w tym jednym momencie, kiedy Alkestis śpiewa tęsknotę, która osiąga tak przemożną siłę pragnienia, że staje się Miłością. Wytwarza się szczególne poczucie pewności, że jest tak, jak chce Alkestis. Maria Peszek nie przedstawia ofiarnicy Alkestis, ona jest żertwą. Wobec tego dźwieku słowa tracą zwykły sens i nie są już potrzebne, w każdym razie nie te, które już znamy. Po tamtej stronie nic nie ma - śpiewa Peszek-Alkestis, ale przecież w tym momencie nie ma już stron! Pragnienie miłości ustanawia własną rzeczywistość na parę chwil, dopóki nie wybrzmi nuta. Ten nie-język, jaki improwizuje Peszek, jest raczej tekstem paraliturgicznym, ale i ten zostaje porzucony jak wężowa wylina. To jest cud sztuki. Albo można rzec: to w dziele sztuki dzieje się prawda, która w ostateczności nie liczy się z narzuconym tematem, ukształtowaną fabułą, intencją autora, interpretacją widza, chociaż tego wszystkiego potrzebuje, żeby się mogła ukazać. Wydaje się, że spektakl złożony z dramatycznej akcji, poetyckich obrazów, znakomitego aktorstwa, powstał tylko dla tej kulminacji. Cokolwiek by chcieć o tym powiedzieć, narzędzie się zużywa nie wypełniwszy zadania, a dźwięk pozostaje w pamięci, aż znajdzie dla siebie inną postać. Ale kto tego doświadczył, już wie, że miłość z greckiego mitu o Alkestis, przetopionego w tragikomedię przez Eurypidesa, a będącego kanwą dla wideospektaklu Lachmanna, staje sie teraz, gdy śpiewa Maria Peszek. W tej jednej pieśni wypełnia ona misję swojego zawodu z sowitym naddatkiem. Mit o Alkestis lub Alceście - jak mówią inni z łacińska - nie jest w naszych czasach rozpowszechniony, przetrwał dzięki Eurypidesowi. Był modny jako temat baśni i oper tworzonych w XVII i XVIII wieku, próbował go spolszczyć Jan Kasprowicz, interesował się nim Artur Maria Swinarski. Alkestis, córka króla Peliasa, żona Admeta - króla Tesalii - wykupiła życie męża za cenę własnego. Zdobyła się na odwagę, jakiej nie mieli rodzice ani przyjaciele. Lecz ta ofiara, która ocaliła istnienie Admetowi, odebrała mu bliskość ukochanej żony, a z nią utracił też wartość i sens życia. Ona, mimo dobrowolności swego czynu, nie przestała pragnąć życia i miłości. Herkules spełnia to pragnienie i w sztuce Eurypidesa wszystko dobrze się kończy - śmierć zostaje wywiedziona w pole. W wersji Lachmanna nie ma rozstrzygnięcia, reżyser wziął od Eurypidesa to, co najważniejsze: pytanie o miłość. I to jest właśnie "spiewanna@alkestis.pl" Marii Peszek.

Sam Lachmann jako didżej krąży wokół aparatury, rzuca na rozstawione ekrany rozpoetyzowane widoki, rwie opowieść na części, mruży do widza oko, żartuje, ale i nie rezygnuje z powagi. Co tu jest - zastanawia się widz - spoiwem tych różnych, zachwycających każde z osobna przestrzeni, czasów, poetyk?

Kolejno wychodzą na pierwszy plan: słowo, aktorstwo, muzyka, śpiew, dramat egzystencji, burleska, poezja, potoczność. Ale potem zaraz się wycofują na swoje miejsce i tylko śpiew Alkestis-Peszek przeszywa historię i czas, i mówi o tym, czy miłość jest wieczna, czy wcale jej nie ma.

To wykonanie jest jednak bez gwarancji - jak modlitwa.
Marzenna Guzowska, "Więź"